Warszawa miasto dla ludzi

Kawa z budki? Nie ma wyboru

Kilka dni temu na placu Wilsona pojawiła się budka z kawą i kanapkami. Zaraz po niej pojawiła się radość jednych z jej obecności, oraz zdziwienie innych, że można się cieszyć z kolejnej budy w warszawskiej przestrzeni.


Radość z budki na pl. Wilsona nie jest efektem jakiejś szczególnej miłości warszawiaków do bud. Jest spowodowana od dawna narastającym oczekiwaniem, że ktoś wreszcie tchnie życie w ten plac o kapitalnym potencjale i wiecznie smutnym obliczu. Już chyba wszyscy stracili nadzieję, że zrobią to władze. Najpierw nic nie wyszło z zapowiadanego jakieś dziesięć lat temu wykupu przez samorząd lokali w parterach przy ul. Słowackiego, żeby umieścić tam sklepy i kawiarnie. Potem nici wyszły z pomysłu wybudowania pawilonu bramnego u wejścia do Parku Żeromskiego. Więc teraz zapanowała radość z pojawienia się chociaż tej zwykłej budki jako protezy kawiarni – jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Tak nisko upadliśmy, tak obniżyliśmy swoje oczekiwania i marzenia o Warszawie.

 

Ożywienie  czy obciach?
Warto więc przypomnieć, że normalnym sposobem ogniskowania życia w mieście są użytkowe partery w budynkach wzdłuż ulic. Łatwo dostępne z chodnika sklepy i kawiarnie oferują nie tylko lepsze doznania estetyczne, ale i większy komfort (przynajmniej jest gdzie usiąść – przecież nie wszyscy biorą kawę na wynos), zapewniają toalety, dają schronienie przed zimnem i deszczem, a do tego witryny sklepów wieczorami oświetlają chodniki i przez cały czas oferują możliwość pogapienia się na prezentowane towary. Słowem – powodują, że jest po co tu przyjść. Wywołują i organizują miejski styl życia.

Tymczasem Warszawę w XX wieku budowano prawie bez lokali użytkowych w parterach. Zamiast nich przy centralnych ulicach mamy obecnie coś, co przecież dla przechodnia jest martwe: mieszkania lub urzędy. A jeżeli nawet są lokale użytkowe to często zajęte przez banki, zalepiające szyby foliami reklamowymi. Nie tylko przy pl. Wilsona, Słowackiego i Mickiewicza – to samo przy Senatorskiej, Koziej, Bednarskiej, Świętokrzyskiej i innych ulicach. Dlatego nasze miasto w wielu miejscach wygląda tak ponuro i dlatego osoby prowadzące działalność gospodarczą – żeby się gdzieś pomieścić – ustawiają na chodnikach budy.

Mimo że wysyp bud powoduje, iż Warszawa jest chaotyczna i brzydka, to budy są społecznie akceptowane. Dlaczego? No, właśnie – bo przynajmniej są namiastką życia. Zamiast przyzwyczajać się do namiastek może jednak warto powalczyć o normalność? Trzeba apelować do radnych, urzędników, do urbanistów, architektów i deweloperów, aby pamiętali, że mieszkańcy chcą się napić kawy w parterach budynków. Zarówno w dopiero budowanych, jak i w tych, w których podczas powojennej odbudowy witryny przerobiono na zwykłe okna. Inaczej zamiast Warszawy nadal będziemy mieli buda-peszt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kod Captcha * Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.

Nasza akcja na fejsie
Warszawa bez reklam!
Stołeczny buda-peszt