Warszawa miasto dla ludzi

Metro: tu usterka, tam feler

Lada chwila metru stuknie pierwszy miesiąc. Emocje po otwarciu zdążyły już opaść i na wierzch wychodzą usterki i felery. Są one uciążliwe w codziennych podróżach. Większość da się usunąć, ale do wielu będziemy zmuszeni się przyzwyczaić.

Wielka inwestycja porównywana do wybudowania pod ziemią drugiego Pałacu Kultury działa i cieszy się dużą popularnością. Kolorowe stacje budzą to zachwyty, to wątpliwości czy trzeba było aż tak kolorowo. Estetyka nowej linii doczekała się dziesiątków recenzji.

Od strony użytkowej metro może nie wypada źle, ale rewelacji nie ma. Owszem korytarze są przestronne, wejścia szerokie, na każdy poziom podziemnych stacji prowadzą windy i schody ruchome. Niestety dużo jest felerów, które utrudniają lub uprzykrzają korzystanie z nowej linii. Niektóre są irytujące, inne budzą złość na projektantów.

Którędy do pierwszej linii?

Wysiadasz z pociągu na nowej Świętokrzyskiej, wyjeżdżasz świetlistą tubą na antresolę i lądujesz w wąskim korytarzu. Jak dojść do pierwszej linii? W lewo czy w prawo? Nie wiadomo. Nad głową wisi tablica i dopiero po dłuższym wczytywaniu się dochodzisz do wniosku, że to CHYBA w lewo. A może jeszcze schodami na górę?  Wiadomo, z czasem się nauczysz, ale przejście z jednej linii metra do drugiej nie powinno nastręczać żadnych problemów.

SG1S4196

Wąskie gardła

Szerokie przejście, a pośrodku wielki słup. To samo na peronach: rzędy kolumn stojących to w jednym, to w dwóch szeregach. Filary są niezwykle ważne, w końcu podtrzymują stropy stacji. Tylko czy aby na pewno musiały być wybudowane w takich ilościach? W końcu na pierwszej linii metra wiele stacji nie ma żadnych filarów.  I jakoś znoszą wielkie obciążenia, np. nad Wilanowską jeżdżą tramwaje.

SG1S4099

W wielu miejscach tłumy wychodzą na słupy i przeciskają się przez wąskie gardła

Bramki zatorowe

Bramki to miała być rewolucja. Rozsuwane szklane skrzydła w miejscu kołowrotków miały pozwolić nawet dużemu tłumowi na szybkie wejście na peron. Jak? W prosty sposób: nowe bramki nie muszą się zamykać za każdym pojedynczym pasażerem. Teoretycznie pozwalają na skasowanie kilku biletów – jeden po drugim. Bramka zamknie się dopiero, kiedy przejdzie przez nią tyle osób, ile skasowało bilety.  Teoretycznie na jednym otwarciu mogłoby wejść na stację nawet 100 osób na raz. Musiałyby tylko odpowiednio szybko kasować swoje bilety. Tyle w teorii. W praktyce ludzie nie wiedzą, że mogą kasować bilet zanim bramka zamknie się za osobą, która wchodzi przed nimi. W efekcie tworzą się zatory na wejściu.

Którędy do toalety?

Nie, te znaczki to chyba winda, a nie toaleta. A te to bankomat? Nie, to raczej biletomat. Spójrz, ma pasek. A bankomat ma cyferki? Chyba.

Oznaczenia na stacji to istne hieroglify. Pismo obrazkowe powinno być intuicyjne i dać się odczytać w mgnieniu oka. A tu studiowanie tablic z hieroglifami zajmuje czas. Zbyt dużo czasu. No domiar złego na wielu tablicach piktogramy naćkane są dziesiątkami. Co drugi piktogram ma swoją cyferkę, która służy czemuś. Nie do końca wiadomo czemu. Są jakieś strzałki, strzałek jest zdecydowanie dużo. Trudno się oprzeć wrażeniu, że w metrze panuje chaos informacyjny. Rozumiemy intencje budowniczych, że miało być fajnie i nowocześnie. Niestety z informacją na stacjach przefajnowano.

Ale zatory tworzą się też na wyjściu. Ludzie wychodząc ze stacji widzą przed sobą zamknięte drzwi bramek i odruchowo sięgają po bilety żeby je otworzyć. Inni podchodzą do bramek niepewnym krokiem i stają w nich w miejscu, gdzie nie łapie ich jeszcze czujnik automatycznie otwierający drzwi. I znowu – sięgają po bilety, bo myślą, że tylko tak można wyjść ze stacji.

Gros warszawiaków szybko się nauczy korzystania z bramek. Problem jednak pozostanie dla turystów i tych, którzy korzystają z metra incydentalnie. Bramki są po prostu nieintuicyjne.

Przedsionek windy

Istnym kuriozum jest zbudowanie na peronach osobnych pokoików, do których wychodzi się z windy zanim wejdzie się na peron stacji. Pomieszczonka te są maleńkie – nie idzie w nich wyminąć się dwoma wózkami.

SG1S4225

Chcesz wyjść z windy, a masz niedowład rąk? Proś się o pomoc przez żółty telefon.


I co gorsza, ukryte są za grubymi stalowymi drzwiami. Wejście do przedsionka wymaga otworzenia klamką tych drzwi. Wymaga to sprawności rąk. A przecież windy są głównie dla niepełnosprawnych. A tak się często zdarza, że ludzie mają niedowład wszystkich kończyn jednocześnie. Najwyraźniej inżynierowie nie słyszeli o paraliżu od szyi w dół. Rzeczniczka Metra Warszawskiego najwyraźniej też słyszała, bo poradziła ona niesprawnym, by dzwonili z telefonu alarmowego po pomoc. Najwyraźniej korzystanie z windy na drugiej linii metra to jest sytuacja alarmowa.

Na stacji są tzw. żółte telefony. Można powiadomić dyżurnego stacji, który poprosi Służbę Ochrony Metra, żeby pomogła – mówi Anna Bartoń.
źródło: Gazeta Stołeczna

Przedsionki to przejaw okrutnej bezmyślności projektantów, którzy namnożyli niepotrzebnych barier dla osób, którym i tak wystarczająco trudno jest poruszać się po mieście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kod Captcha * Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.

Nasza akcja na fejsie
Warszawa bez reklam!
Stołeczny buda-peszt