Warszawa miasto dla ludzi

Nowoczesność kontra tradycja, czyli jak zrobić mieszkańców na szaro

Czerwony kolor na tramwajach i autobusach Warszawy przetrwał dwa powstania, dwie wojny światowe i komunę. Poległ dopiero za demokracji. Chyba nie wszyscy w ten sam sposób rozumieją słowo „tradycja.”

Włodarze miasta zmieniają już nie tylko nazwy ulic i nazwy przystanków o kilkudziesięcioletniej tradycji. Teraz wzięli się za kolory autobusów hybrydowych. Ma być nowocześniej. Jednak sprawa kolorów autobusów i tramwajów to nie tylko sprawa kolorów. To pytanie o to, czy tradycja w mieście jest potrzebna, bo jednoczy mieszkańców, a miastu daje identyfikację i narzędzie PR czy też to zwykłe zawracanie głowy i nie-wiadomo-co.

Od stu kilkudziesięciu lat autobusy i tramwaje w Warszawie były czerwone, z jasnymi wykończeniami. W taki sposób wpisały się w krajobraz Warszawy, tak wyglądają na starych filmach i pocztówkach, takie są nawet w piosence, nie mówiąc o pamięci ludzi. To symbol miasta. Jeden z nielicznych elementów tożsamości Warszawy, który przetrwał wojnę i PRL będzie rugowany, bo taką wizję ma wiceprezydent Warszawy Jacek Wojciechowicz (z Raciborza).

 

Ola: O właśnie, powiedz mi, co to jest właściwie tradycja. On ciągle o to pyta. Mówi, że to jakaś dziewczynka.
Miś: Debil! Tradycja to jest… coś ekstra.
Ola: Ekstradycja?
Miś: To jest przy… porwaniach samolotu, jak bandyta porywa samolot to możemy go żądać z powrotem, właśnie na zasadzie tej tradycji… to stara tradycja. Jeszcze od początku… lotnictwa. Ekstradycja
 „Miś” reż. Stanisław Bareja

Specyficznie rozumiana nowoczesność. Warszawa jest miastem z DNA przetrąconym wojną. Przerwanie ciągłości to brak tożsamości miasta, Miastowieś, a nie Warszawa. Mieszkać w Warszawie, tej z tradycjami, to honor, a mieszkać w wielkiej betonowej wsi, nawet nowoczesnej to chyba żaden zaszczyt. Jeżeli chcemy żeby mieszkańcy identyfikowali się z miastem, tu płacili podatki, chodzili na wybory, angażowali się w życie miasta, to trzeba pielęgnować na wszystkie sposoby tę tożsamość, podkreślać ją i prowokować modę na symbole i tradycje związane z Warszawą. Nowoczesne zarządzanie miastem polega mi.in. na wykorzystywaniu tradycji i tożsamości jako narzędzi PR miasta, a nie na malowaniu autobusów na nowoczesne kolory.

Nie ma takiego miasta Londyn
Tak długa tradycja powinna być dla miasta skarbem, na którym można budować tożsamość, jednoczyć wokół niej mieszkańców, reklamować się w kraju i za granicą, nawet zarabiać niemałe kwoty na wydawaniu gadżetów. Tak robi chociażby Londyn, gdzie nikomu nie przyszło do głowy aby czerwone piętrusy przemalować na jakiś nowocześniejszy kolor. Odwrotnie; zdjęcia z tymi autobusami są na okładkach przewodników turystycznych, na plakatach reklamujących połączenia lotnicze z Anglią, na pocztówkach i setkach gadżetów.

Tymczasem władze Warszawy jedną ręką wydają pieniądze na wątpliwej jakości filmy promujące Warszawę, a drugą podkopują jeden z jej symboli, niewykorzystane narzędzie marketingowe, które za darmo otrzymały w spadku po poprzednikach. I dlatego Londyn na całym świecie kojarzy się z tradycją i czerwonymi piętrusami, a Warszawa raczej z niczym.

Może tak powinno być, bo skoro sami mieszkańcy mają w nosie tradycję swojego miasta to trudno oczekiwać żeby wybrane przez nich władze myślały inaczej. Może prawdziwiej i nowocześniej byłoby gdyby Ochódzki Ryszard został prezydentem miasta, a Tatuś Tradycji dyrektorem ZTM. A może już tak jest?

 

Jak to drzewiej bywało
Pierwszym środkiem komunikacji zbiorowej w Warszawie były omnibusy (1836) i już one były pomalowane na czerwono, z wykończeniami drewnianymi. Trzydzieści lat później doszły tramwaje i one też były czerwone, a po pewnym czasie drewniane słupki wspierające dach zostały zmienione na metalowe, ale i one zachowały charakterystyczny drewnopodobny kolor (kremowy? kość słoniowa?). Po pierwszej wojnie pojawiły się autobusy i one również były czerwone. Nawet w czasach PRL tramwaje i autobusy były czerwone, co zostało przypieczętowane słowami słynnej piosenki „Autobus czerwony” do muzyki Wł. Szpilmana (to ten „Pianista” z filmu Polańskiego).

Dziwne rzeczy zaczęły się dziać dopiero w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Najpierw kremowe kolory wykończenia zaczęły „żółknąć”, bo ktoś w urzędzie miasta skojarzył, że flaga Warszawy ma kolory żółty i czerwony, więc tramwaje i autobusy też powinny być żółto – czerwone. Połączenie tych kolorów jest bardzo ryzykowne pod względem estetycznym, ale to jeszcze nie było zupełne zerwanie z tradycją. Wolna amerykanka nastała wraz z pojawieniem się żółtego tramwaju z czerwonym zygzakiem oraz autobusów i tramwajów pozaklejanych foliami reklamowymi we wszystkich możliwych kolorach. W 2009 pojawiły się pierwsze tramwaje niskopodłogowe z PESY a wraz z nimi pomysł na komputerowoszary kolor lakieru. Żeby zaznaczyć nowoczesność.

fot. Solaris Bus

3 odpowiedzi na „Nowoczesność kontra tradycja, czyli jak zrobić mieszkańców na szaro

  • kokoszae pisze:

    Artykuł ciekawy, tylko ankietka lekko tendencyjna 🙂
    A gdzie możliwość wyboru opcji – „w aktualnie obowiązującym malowaniu”?

  • LP pisze:

    Jak jest liczone sto kilkadziesiąt lat malowania autobusów, albo chociaż tramwajów?

    Nie zapędzajmy się. Wbrew pozorom to nie król Zygmunt pomalował pierwszy autobus…

    • red pisze:

      To Zygmunt III Waza żył sto kilkadziesiąt lat temu? Wydawało nam się, że trochę dawniej.

      Pierwsza linia tramwajowa pojawiła się w stolicy w 1866 roku. O ile znamy się na matematyce, od tego czasu minęło sto kilkadziesiąt lat. Ale kto wie, może tak na prawdę minęło od tego czasu zaledwie kilkanaście lat, tylko myśmy źle policzyli?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kod Captcha * Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.

Nasza akcja na fejsie
Warszawa bez reklam!
Stołeczny buda-peszt