Warszawa miasto dla ludzi

Będzie tak jak było, tylko że bardziej

Koniec emocji, nadziei, obaw i przypuszczeń: Varsovia locuta, causa finita.

To już nie są niczyje opinie ani przypuszczenia: wynik wyborów to po prostu fakt. W wyborach prezydenckich niby jest potrzebna druga tura, ale i tak wiadomo jak się skończy. W wyborach do Rady Miasta wygrali ci, co przedtem, tylko jeszcze się wzmocnili. W wyborach do rad dzielnic też powygrywali ci co przedtem. Czyli prawie bez zmian, będzie utrwalenie tego, co przedtem. To pokazuje, że mieszkańcom generalnie podoba się takie zarządzanie miastem jakie było przez osiem lat. I nie ma co się na to obrażać, tylko trzeba przyjąć do wiadomości. Ten sam fakt widziany z innej perspektywy: ekipa obecnie sprawująca władzę widocznie dobrze obczaja trendy społeczne i potrafi robić to, czego mieszkańcy oczekują. Czyli podstawowy zarzut wobec niej okazał się nieprawdziwy.
Po tych wyborach już nie ma co opowiadać, że rządzący wygrywają, bo mają większy dostęp do mediów – w mediach od rana do nocy natarczywie promowano aktywistów miejskich.

Wygrali ci, co byli, fot. PlatformaObywatelskaRP

Wygrali ci, co byli

Dwa procent. Z przecinkiem.

Wybory pokazały, że to nie tyle starzy wyjadacze polityczni są wyalienowani ze społeczeństwa, co właśnie rewolucjoniści. Nie tylko nie reprezentują spraw mieszkańców, ale nawet kiedy usilnie starali się to robić to trafiali kulą w płot. Aktywiści ze swoimi fikuśnymi problemami (mosty dla wiewiórek, pszczoły, kino) wydają się ludźmi z innej planety niż mieszkańcy borykający się z realną codziennością. Wynik Joanny Erbel – dwa procent z przecinkiem – to coś więcej niż po prostu wynik wyborczy. To dowód, że akademicko – hipsterskie widzenie świata jest jak meldunek z kosmosu i nijak się nie ma do rzeczywistości. Tym bardziej, że również w wyborach do Rady Miasta jej ugrupowanie zdobyło zero mandatów, konkurencyjne, ale też podające się za ruch miejski również ma zero mandatów, a trzecie – najgłośniejsze i najbardziej agresywne w ogóle nie było w stanie wystawić kandydatów do Rady Miasta, ani do połowy dzielnic, a w pozostałych dziewięciu dzielnicach nie zdobyło ani jednego mandatu aż w sześciu. Tak wygląda prawda o tych, którzy buńczucznie mianowali się przedstawicielami mieszkańców.

Nie żal nam ich, to sprawiedliwy wyrok. Każdy wyrok demokratycznych wyborów jest z definicji sprawiedliwy – bo demokratyczny. W tym przypadku można jeszcze dodać, że skoro fałszywi reprezentanci mieszkańców zostali postawieni do kąta właśnie przez mieszkańców to znaczy, że z demokracją nie jest wcale tak źle, a społeczeństwo potrafi zachować trzeźwy ogląd.

Nie ma co się łudzić, że „aktywiści” wyciągną wnioski z tej klęski. Samozadowolenie, wzajemna adoracja i zero samokrytycyzmu to podstawy ich działania. To głównie one doprowadziły do ich klęski, bo sygnały o jej nadejściu otrzymywali od dawna. Ale wygodniej było im je zignorować i twierdzić, że to krecia robota przeciwników, zmowa, podłość itd. Na kilka dni przed wyborami w Gazecie Wyborczej ukazał się tekst, który z góry usprawiedliwiał aktywistów: obwieszczał, że mieszkańcy są niedojrzali. Pewnie taka będzie powyborcza „analiza” przyczyn klęski: my z naszymi opowieściami o wiewiórkach, rowerach, piecu Białoszewskiego i dachu na Prudentialu jesteśmy mądrzy i dojrzali, a mieszkańcy harujący na swoje utrzymanie i na wymarzony dom na przedmieściu albo odwożący w korkach dzieci do przedszkoli są niedojrzali i prostaccy. Gazeta Wyborcza i tak będzie twierdzić, że aktywiści odnieśli sukces – gdyby stwierdziła inaczej to musiałaby się przyznać do swojej własnej klęski i do malejących wpływów w społeczeństwie.

fot. Rosa Luxemburg Stiftung–New York Office

Wynik Joanny Erbel – dwa procent z przecinkiem – to dowód, że akademicko – hipsterskie widzenie świata nijak się nie ma do rzeczywistości

Co z partycypacją

Gdzieś w tle tych wyborów było pytanie o udział mieszkańców w zarządzaniu miastem. Demokratyczna wygrana dotychczasowej ekipy pokazuje, że mieszkańcom nie przeszkadza, że są pozbawiani prawa do decydowania o swoich sprawach, a często nawet prawa do informacji. Raczej tak jak w Rosji, albo jak za komuny – uważają, że to władza jest od tego aby zarządzać, a oni są w tym mieście jak goście hotelowi – mieszkają, płacą i mają prawo żądać. I to im wystarcza. Możliwe jest też drugie wytłumaczenie: że mieszkańcy uważają, że te drobne zmiany na lepsze (trochę konsultacji, budżet obywatelski ze swoimi niedoskonałościami) to i tak sporo. Być może starsi, którzy pamiętają poprzednią epokę, mało ambitnie uważają, że to i tak dużo i nie ma co się czepiać. Szkoda. Ale trzeba to z szacunkiem przyjąć do wiadomości i starać się pracować, przekonywać.

Ekipie pozostającej u władzy ten wynik doda pewności siebie, pewnie jeszcze bardziej zwiększy jej arogancję, a na pewno da poczucie, że partycypacja to hipsterska zajawka, która „zwykłych ludzi” nie obchodzi. Więc nadal można ją traktować z przymrużeniem oka. Gorzej że w oczach mieszkańców utrwali się taki sam obraz: że partycypacja to takie fiu-bździu infantylnych i dziwacznie poubieranych doktorantów, a „porządny człowiek to siedzi w domu i kombinuje jak związać koniec z końcem”.

Stołki znów najważniejsze

To chyba najbardziej bolesna konsekwencja tych wyborów: kompromitacja idei aktywności obywatelskiej. Wyszło szydło z worka: okazało się, że ci którzy tyle opowiadali o działaniu dla miasta i mieszkańców, to tak naprawdę politycy goniący za stanowiskami… Teraz już zawsze będą podejrzenia, że ludzie opowiadający o altruistycznych celach i o działalności dla Warszawy to w głębi duszy cwaniaczki, które budują sobie legendę na następne wybory. Dokładnie tacy sami jak ci, którzy przed wyborami obwieszają miasto plakatami ze swoimi wyfotoszopowanymi buziami i z krawatem. Albo że – w najlepszy wypadku – to dzieciaki nieznające życia i naiwnie plotące dyrdymały o swoim życiu erotycznym.

Tak wygląda krajobraz po bitwie – szlag trafił z trudem budowany przez wiele osób wizerunek społecznika – altruisty, który dla dobra miasta proponuje, zabiega, coś tworzy. Został pogrzebany przez zideologizowanych polityków-amatorów i przez cynicznych polityków – ambicjonerów kierujących się skrywaną myślą o sukcesie w przyszłorocznych wyborach do Sejmu. W końcowym efekcie i tak nic nie zyskali (przepraszam, kilku zyskało – będą mieli wymarzone stanowiska). Tymczasem ekipa PO utrzymała się u władzy w ratuszu i jeszcze zwiększyła liczbę mandatów w Radzie Miasta. Teraz może czuć się wzmocniona i twierdzić, że nie ma dla niej alternatywy, bo nie może nią być nie tylko przesiąknięty paranoją PiS, ale i przedstawiciele społeczeństwa.

Marcin Wojciechowski
Grupa M20

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kod Captcha * Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.

Nasza akcja na fejsie
Warszawa bez reklam!
Stołeczny buda-peszt