Warszawa miasto dla ludzi

Komunizm w budowie

[Tekst jest kontynuacją naszego podsumowania 2015 roku]

Siódma edycja festiwalu Warszawa w Budowie zaskakiwała. Jedna z najlepszych imprez 2015 roku była jednocześnie najgorszą. Serio. My do dziś nie wyszliśmy z szoku jak łatwo można dziś wybielić komunizm.

Festiwalowa wystawa imponowała bogactwem zebranych materiałów historycznych. Plany, szkice, projekty – bezcenna dokumentacja na co dzień zamknięta w gablotkach muzealnych lub gnijąca po piwnicach – zostały po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zebrane w jedno miejsce i pokazane publiczności. Nagromadzenie ciekawych materiałów dało niecodzienną możliwość poznania jak Warszawa powstała z morza gruzów. Okazja obcowania z niezwykłymi eksponatami została wykorzystana przez organizatorów do sączenia osobliwego przekazu propagandowego. Za super ciekawymi materiałami kryło się drugie dno wystawy, którym była manifestacja lewicowej ideologii i bezrefleksyjnej pochwały komunistycznej odbudowy naszego miasta.

DSC_0014

Ale o co chodzi?

Po pobieżnym zapoznaniu się z wystawą w oczy rzucało się, że pominięto na niej wspomnieć o krzywdach, które wyrządzili warszawiakom bierutowcy. Wielka kradzież – odebranie tysiącom ludzi ich własności bez prawa do odszkodowań czy choćby faktycznej możliwości odwołania się była przedstawiona jako historyczna konieczność odbudowy, z którą w zasadzie nie ma co dyskutować. Dekret Bieruta, bo o nim tu mowa, był punktem wyjścia do obydwu części wystawy, klamrą spinającą teraźniejszość z przeszłością. Ale nie jako praprzyczyna dzisiejszego bałaganu, który spowodował – dzikiej reprywatyzacji. Występował tu w roli promieniowania tła, które jest, bo być musi. I kropka.

DSC_0035

Inne działania komunistycznych budowniczych, które odcisnęły się głębokim piętnem na przestrzeni Warszawy nie zasłużyły na wzmiankę. A przecież to architekci BOSu byli żołnierzami wojny o handel, czyli narzuconej przez komunistyczne władze likwidacji odradzających się spontanicznie sklepów i usług (np. zabicie odradzającego się handlu na tzw. parterowej Marszałkowskiej). To oni zaprojektowali Warszawę bez lokali użytkowych, to oni w parterach budynków zrobili mieszkania i biura. To oni z Marszałkowskiej zrobili aleję wojskowych defilad, z Krakowskiego Przedmieścia ulicę urzędów, a z Chłodnej wyludnioną trupiarnię.

Tę konkretną kwestię wystawa omija szerokim łukiem. Bo dociekliwy widz mógłby sobie zadać pytanie: czy to nie jest przypadkiem tak, że skoro towarzysze zbudowali martwe miasto bez ulic handlowych, to czy nie ma to związku z niezaspokojonym we współczesnej Warszawie popytem na lokale użytkowe? Czy nie jest zatem tak, że to BOSowscy architekci stworzyli podwaliny współczesnego budowania na gigantyczną skalę protez handlu ulicznego – galerii handlowych? Tych galerii, które zaciekle są krytykowane przez lewicowe środowiska twórcze, skupione nomen omen także wokół Muzeum Sztuki Nowoczesnej?

Wybielanie komunizmu

Przemilczane „zasługi” stalinowskich urbanistów nie były wspominane, bo nie o to przecież chodziło organizatorom żeby zepsuć karnawałową atmosferę powojennej odbudowy. Wystawa miała być laurką dla BOSu. Siłą rzeczy wszelkie skazy na wizerunku zostały pokryte grubą warstwą pudru pochwalnych opisów oraz przemilczeń niewygodnych faktów.

Ot, dla przykładu, w sześcio-akapitowej sylwetce szefa BOSu – Romana Piotrowskiego – nie znajdziemy wzmianki o tym że był zatwardziałym stalinowskim radykałem, który był tak hardcorowy że nie nadawał się nawet do ekipy Gomułki i jego kariera zakończyła się nagle w 1956 roku. Nie przeczytamy też o tym, jak niewiele brakowało żeby doprowadził do mordu sądowego na koledze po fachu, z którym miał nie po drodze – Zbigniewie Ihnatowiczu.

DSC_0017

Przygotowana przez MSN Sylwetka Romana Piotrowskiego przemilczała jego komunistyczny radykalizm czy „zasługi” w burzeniu cennych budynków.

Kiedy czytaliśmy o odbudowie Starówki ze świecą było szukać informacji o tym, jak młode BOSowskie wilki walczyły o swój „lepszy” pomysł na jej rekonstrukcję. Jak choćby urządzenie tarasów na skarpie w miejscu całego kwartału kamienic tworzących stronę Barssa w celu otwarcia widoku na Wisłę. Albo wybudowanie Hali Ludowej w miejscu Zamku Królewskiego. Nie było informacji, że z podobnymi kretynizmami musieli niemalże codziennie walczyć ludzie tacy jak prof. Zachwatowicz.

Z kolei z opisu sporu o zachowaniu i odbudowie zabytków nie dowiemy się, że wymysł, aby za zabytkowe uznawać wyłącznie budynki wzniesione przed 1850 rokiem wziął się z ideologii marksistów, którzy datowali na ten rok początek kapitalizmu w Polsce. Więc burząc budynki z drugiej połowy XIX wieku BOS czyścił miasto z kapitalizmu, by zrobić miejsce na architekturę socjalistyczną. Tej informacji nie znaleźliśmy, najpewniej dlatego, że jest niewygodna. Godziłaby w sączony na wystawie przekaz, że BOS był ciałem mędrców podejmujących wyłącznie merytoryczne decyzje.

MSN po jednej stoi stronie

Organizatorzy wystawy co kilka kroków przypominali, w której drużynie grają. Z drugiej części opisu o zabytkach dowiedzieć się mogliśmy, że krytycy BOSu to „miłośnicy XIX-wiecznej Warszawy” krótkowzroczni fani pojedynczych budynków, przeciwnicy „unowocześniania infrastruktury”, „poprawy warunków mieszkaniowych”, mających za nic „zapewnianie miastu logicznego rozwoju”. Sentymentalni idioci? Aż dziw bierze, że twórca opisu nie sięgnął głębiej do źródeł i nie nazwał ich wprost karłami reakcji?

DSC_0024

Inny kwiatek: „Urbanistyka BOS nie była, jak to się często dziś uważa, fanaberią jednego systemu politycznego czy decyzją podyktowaną tylko emocjami, ale planowaniem zakorzenionym w dyskusjach urbanistów jeszcze przed zniszczeniem miasta w 1944 roku.” Urocza naiwność. W całym kraju szalał stalinizm, budowano nową socjalistyczną Polskę – negatyw II RP, a kuratorzy wystawy wciskali nam, że w Warszawie zachowała się otwarta i rzeczowa dyskusja, jak przed wojną. No prośba!

Problem reprywatyzacji to już była ostra jazda bez trzymanki. Myśleć by można, że dzika reprywatyzacja, naturalna konsekwencja złodziejskiej ustawy Bieruta, skomplikowana przez niechlujstwo stalinowskich notariuszy to wina właśnie nikogo innego, ale właśnie jego. Ale nie na tej wystawie. Tu jednoznacznie wskazani winni to dzisiejsza klasa polityczna oraz odzyskiwacze, którzy wywęszyli w tym interes. No a dlaczego wywęszyli ten interes? Wniosek jedyny słuszny, przemycony przez kolektyw Syrena, współorganizujący wystawę: bo żyjemy w dzikim państwie turbokapitalizmu. Miasto stało się zasobem do eksploatacji. Wszystkiemu winne są chciwość i kapitalizm. Bierut? On przecież działał w dobrej wierze, więc jest czysty.

Spór bez sporu

Organizatorzy tegorocznej Warszawy w Budowie nadali jej tytuł „Spór o odbudowę”. Paradoksalnie nie było śladu po żadnym sporze. Warszawa podnosząc się z gruzów została słusznie zmodernizowana przez światłych architektów w drodze wyłącznie merytorycznego procesu odbudowy. Wszystko było zrobione dobrze, więc o co tu się spierać?
Wystawa wpisuje się w panującą od dłuższego czasu w środowiskach lewicowych modę na stawianie komuny na piedestał oraz plucia na dzisiejszą rzeczywistość.

komunizm w budowie

Od upadku komuny minęło już prawie 30 lat. Ludzie nie pamiętają czym był ten ustrój, nie żywią do niego takiej odrazy, jak jeszcze przed dziesięcioma laty. Mało zostało tych, którzy zaznali na własnej skórze polskiego stalinizmu. Z kolei dla wielu to historia tak odległa jak Potop Szwedzki – zbitek kilku dat i wiedza dwuakapitowego opisu z podręcznika historii do gimnazjum. Dlatego tak łatwo można dziś przedstawić wyidealizowany obraz tamtych czasów – wystarczy wyrwać odbudowę z historycznego kontekstu i pokazać pod mikroskopem jej jaśniejszą stronę. Można w ten sposób namalować nowy, nieskazitelny obraz komunizmu. Jak z portretu Bieruta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kod Captcha * Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.

Nasza akcja na fejsie
Warszawa bez reklam!
Stołeczny buda-peszt